Skip navigation

Za panowania miłościwego króla Zygmunta Augusta, żył pewien szlachcic po mieczu i po kądzieli, imć Pan Twardowski. Ci, co go mieli szczęście lub nieszczęście wtedy znać, mówili potem, że od najmłodszych lat siedział w nim jakiś niespokojny duch. Ciągle go gdzieś nosiło, ciągle czegoś szukał i wiecznie mu czegoś było za mało. A że był przy tym chłopcem bystrym i rezolutnym, przeto posłali go rodzice na studia do Akademii Krakowskiej, żeby się kształcił na medyka. Tego mu było trzeba, w to mu było graj! Studiował odtąd pilnie receptury mikstur, maści i naparów, wertował stare księgi w poszukiwaniu tajemnych przepisów i myślał nad tym, jak by tu człowieka uczynić nieśmiertelnym. Chociaż był jeszcze młody, myśl o śmierci nie dawała mu spokoju, bo strasznie dobrze mu było na świecie i nigdy nie chciał się z nim żegnać.

Wkrótce też osiągnął Twardowski niebywałą biegłość w sztuce leczenia, a wieść o tym lotem błyskawicy rozeszła się po całym Krakowie. Ciągnęły do doktora tłumy mieszczan i szlachty, bo tylko on potrafił wyleczyć każdą chorobę, nawet taką, która innym lekarzom wydawała się nieuleczalna. Wezwano go w końcu na Wawel, by wyleczył samego króla Zygmunta. I tu medyk uczciwie spełnił swoje zadanie, słusznie zaskarbiając sobie łaski władcy i całego dworu. Wdzięczni pacjenci hojnie odwdzięczali się swemu lekarzowi za przywrócone zdrowie. Nic dziwnego, że szybko stał się jednym z najbogatszych ludzi w całym mieście i mógł sobie pozwalać na bardzo wiele. Jednak nawet nieprzebrane bogactwo i sława nie zadowoliły Twardowskiego. Zapragnął teraz studiować magię, by zwykłe kamienie zamieniać w złoto i by z luster wywoływać duchy zmarłych.

Coraz częściej znikał Twardowski ze swojego domu przy krakowskim rynku, a ludzie zaczęli o nim opowiadać niestworzone historie. A to że unosił się nad ziemią, a to że przechodził przez lustra, innym znów razem, że pod cmentarnym murem z samym czartem prowadził ożywioną dysputę. Nieżyczliwi zaczęli podejrzliwie patrzeć na doktora, a i pacjentów z dnia na dzień mu ubywało. Aż wreszcie któregoś dnia po mieście gruchnęła wieść, że Twardowski własną krwią podpisał cyrograf z diabłem i że zaprzedał mu duszę w zamian za czarcią służbę. Ludzie uznali, że musi to być prawda, bo w jego oczach coraz częściej zapalały się piekielne iskry i nie raz potrafił ni z tego ni z owego wybuchnąć złowrogim śmiechem, który mroził krew w żyłach. Wszędzie, gdziekolwiek się zjawiał, zostawiał za sobą mdlący zapach siarki. Nikt już nie chciał się leczyć u doktora Twardowskiego.

On tymczasem fruwał po niebie na kogucie i rozkazywał diabłowi jak podłemu słudze: żeby go odmłodził, żeby się w nim zakochała piękna panna, żeby wszystkie srebro z całego królestwa zebrał i złożył na jednym miejscu w Olkuszu, żeby skały przenosił i stawiał do góry nogami. Diabeł cierpliwie znosił upokorzenia i wypełniał rozkazy swojego pana, bo wiedział, że czeka go za to słuszna nagroda. Musiał tylko Twardowskiego zwabić do Rzymu, bo stamtąd, według cyrografu, mógł jego duszę zabrać prosto do piekła. Ale szlachcic, sprytna sztuka, ani się myślał wybierać do Rzymu, skoro mu w Krakowie było tak dobrze. Śmiał się więc biesowi w nos i za nic miał jego pogróżki. Nie wiedział biedaczysko, jaki podstęp szykuje mu przebiegły czart.

Ten zaś któregoś dnia stanął przed Twardowskim z przymilnym uśmiechem i niby od niechcenia odezwał się w te słowa.

- Miłościwy Pan ma, czego dusza zapragnie, ale swoją rogatą głowę dam, że czegoś takiego, jak żem w pewnej karczmie wypatrzył, jeszcze jegomość nie widział…

Twardowskiego zdjęła ciekawość i zaraz się do karczmy kazał prowadzić. Zakręcił się diabeł, oczami przewalił, tupnął kopytem i już stali w karczmie pod Sandomierzem. Rozejrzał się Twardowski po izbie, ale oprócz karczmarza, paru beczek piwa i jednej suszonej szynki zupełnie nic ciekawego nie znalazł.

- Czarcie podły, dam ja ci żarty sobie stroić – zdenerwował się szlachcic. – Na cóżeś mnie do pustej karczmy ciągnął?

Zachichotał diabeł i krogulczym paznokciem wskazał na szyld nad drzwiami.

- Ta karczma Rzym się nazywa! Mości Twardowski, oddawaj swoją duszę!

Pochwycił czart Twardowskiego i w mgnieniu oka uniósł w górę. Zanim tamten zdołał choćby słowo pisnąć, wylecieli przez komin prosto ku chmurom. Wnet otoczyła ich chmara kruków i wron, niczym żałobny orszak odprowadzający nieszczęsną ludzką duszę na zatracenie.

Zobaczył Twardowski, że to nie przelewki i że ratować się trzeba, teraz albo nigdy. Nie mając pod ręką innego oręża, przypomniał sobie kantyczkę do Najświętszej Panienki i jak umiał najpiękniej, zaśpiewał. Nagle czarne ptaszyska rozpłynęły się w powietrzu, a i diabeł jakby gdzieś przepadł. Twardowski sam jak palec unosił się na chmurze. Jedną szczerą modlitwą swoją duszę uratował.

Co się z Panem Twardowskim później działo, nikt nie wie. Ale mówią, że w pochmurne dni można, nadstawiwszy ucha, usłyszeć jego śpiew dobiegający prosto z nieba.

(Tekst dla wydawnictwa Siedmioróg, 2006)

About these ads
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: